A struggle for a simpler life captured with a camera

niedziela, 26 lipca 2015

, ,

Everybody needs some light



Fotografia i hodowla roślin mają ze sobą więcej wspólnego, niż się wydaje. Przede wszystkim łączy je wrażliwość na światło. Bez światła nie ma fotografii, nie ma też roślin.

Jeśli staniemy po środku pokoju w jakiś w miarę słoneczny dzień, będzie nam się wydawało, że jest bardzo (a przynajmniej wystarczająco) jasno. Prawie tak jasno, jak na zewnątrz. Ale wystarczy wyciągnąć światłomierz (albo aparat ze światłomierzem), żeby się przekonać, że przy małej czułości nie uda się zrobić zdjęcia. Jednak wystarczy się przysunąć do okna i skierować aparat na parapet, żeby sytuacja znacząco się zmieniła.

Tak samo działa to z roślinami. Wydaje nam się, że przecież w pomieszczeniu jest jasno i bez problemu możemy postawić sobie agapanta albo aloes na biurku mocno oddalonym od okna. Albo eszewerię na północno-zachodnim parapecie – sama tak zrobiłam! Nie zdechła, ale rosła bardzo malutka i powyciągana. Po przeprowadzce na południowy parapet w domu moich rodziców w ciągu kilku dni (!) powiększyła się ponad pięciokrotnie (!!).

To oczywiście nie znaczy, że w pomieszczeniu nie da się robić zdjęć, a ja nic nie mogę postawić na parapecie w sypialni. Po prostu zamiast filmu z ISO 100 powinnam włożyć 400, a zamiast eszewerii kupić sobie paprotkę. Co innego w łazience, gdzie nie ma żadnego okna. Lampy błyskowej nie lubię, tak samo jak sztucznych roślin.

wtorek, 21 lipca 2015

, , ,

Ulotne zmiany



Odebrałam kiedyś telefon od mamy. Trudno mi było po niego sięgnąć: telefon znajdował się po drugiej stronie łóżka, a ja miałam na kolanach kota i jakąś ciężką książkę, którą akurat czytałam. Kiedy już udało mi się odebrać, przeprosiłam, że tak długo to trwało. Wtedy moja mama przypomniała mi, że kiedyś właśnie tak zdefiniowałam szczęście: własne (choćby wynajmowane) mieszkanie, książka i kot na kolanach. Złapałam się wówcas za głowę, nie mogąc uwierzyć, że kiedyś tak prosta rzecz wydawała mi się tak odległa.

Na pierwszym roku studiów w ramach zajęć odwiedzaliśmy różne miejsca pracy, które mogą być istotne dla dalszej kariery edytora. Byliśmy między innymi w jednej z krakowskich agencji reklamowych. Pracujący tam ludzie wyjaśniali, jak przygotowują księgi znaku, jak retuszują zdjęcia, składają foldery. Byliśmy w malutkim studiu zdjęciowym (klimatyzowanym, ten chłód wspominam dziś z dużą przyjemnością – na termometrze 32°C). Myślałam sobie wtedy, że bardzo chciałabym być grafikiem, ale żywiłam jednocześnie przekonanie, że zwyczajnie cienki Bolek jestem i nigdy takiej pracy nie dostanę. Mija mój czwarty rok w agencji reklamowej, na umowie mam napisane graphic designer. Robienie zdjęć w studiu też już nie wydaje mi się takie egzotyczne.

Ile jeszcze takich zmian w życiu zaszło mimochodem, ile celów osiągnęłam, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy? Każdego dnia żyję w świecie, w którym chciałam żyć i nawet tego nie zauważam. Myślę, że prawdziwe zmiany są malutkie, prawie niezauważalne. I tak się kumulują, aż następuje wybuch: przeprowadzka, rozmowa o pracę, przyjęcie na studia, wygrany konkurs, sakramentalne „tak”. Wybuch jest głośny, ale to nie on jest zmianą. Ty tylko potwierdzenie, że ona już zaszła.


poniedziałek, 6 lipca 2015

, , ,

Watching grass grow

Kiedy prawie trzy lata temu szukaliśmy z Arturem mieszkania, miałam obsesję na punkcie Podgórza i koniecznie chciałam tam mieszkać. Artur wolał Dębniki. Trochę marudząc, zgodziłam się obejrzeć jedno z mieszkań w tej okolicy. Umówiliśmy się na spotkanie, weszliśmy do środka i zobaczyłam francuskie drzwi wychodzące na balkon. Wiedziałam, że nie trzeba szukać dalej.


Balkon okazał się bardzo istotny w moim życiu, choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Wprowadziliśmy się w środku zimy, miałam anginę, ogrzewanie nie chciało zacząć działać i myślałam jedynie o tym, jak strasznie nieszczelne są te francuskie drzwi.

Kiedy zaczęłam wychodzić z choroby, potrzebowałam chwycić się jakiegoś zajęcia, które spełniałoby trzy warunki:

  1. czynność ta nie mogła wiązać się bezpośrednio z rzeczami, które postrzegałam w kategorii pracy (nic związanego ze studiami ani wykonywanym przeze mnie zawodem),
  2. konieczny był element nieprzewidywalności, który pozwoliłby mi wyzwolić się od potrzeby kontrolowania wszystkiego,
  3. chciałam robić coś sama, bez konieczności rywalizacji i porównywania się z innymi.

I tak zaczęłam grzebać w ziemi, czyli zajmować się ogrodnictwem balkonowym. Sama możliwość kontaktu z materią, która – choć żywa – w żaden sposób nie ocenia, nie stawia żadnych wymagań, okazał się dla mnie głęboko terapeutyczny. Sianie i sadzenie, ich cykliczność, powolne wschodzenie roślin – to wszystko stanowiło (i nadal stanowi!) tak upragnioną ucieczkę od szalonego tempa i chaosu codziennego życia. Teraz żadna porażka nie wydaje mi się ostateczna. Jeśli coś nie wyjdzie w tym roku, uda się w następnym. A wszystko, co uda się wyhodować, traktuję jako bonus, jako dodatkowy prezent.

Zaakceptowałam to powolne tempo, ale nie przestałam go zauważać. To kolejna zaleta fotografii analogowej. Wywołałam teraz zdjęcia z kwietnia i widzę, że aksamitki, które już od kilku tygodni są w rozkwicie, były kiedyś ledwo co kiełkującymi nasionami. Staram się nie zapominać o tej magii. Zanim spałaszuję sałatkę z botwinki, lubię sobie popatrzeć na nasiono, z którego wyrasta burak. Aż trudno uwierzyć.

niedziela, 28 czerwca 2015

, , , ,

Analogue



This picture was taken during last year vacations in East Anglia. I had only one camera with me, an old Nikon EM with two rolls of film. I had no idea that the rubber gasket has thinned out letting light inside, which was then visible on the photos. The one above is actually pretty decent, the rest is much worse. As soon as I got home, I had the camera fixed. But I couldn't fix the pictures.

One would think that after such a disaster I'd stop this nonsense and stick to regular DLSR or just a phone. But no.

Actually, I find photography stressful. It's the same with design and I work as a designer. I have very little formal training in those fields (a few courses, some workshops) and I think I'm kind of ashamed of that. I try to compensate by working hard, which is usually a good thing, but doesn't really go well with vacations. I really don't want to spend an entire day by the sea looking for the best angle. It's also super annoying to my travel companion.

Shooting analogue with a limited number of frames makes me change my approach. Instead of blindly pushing the shutter button, I can actually focus on what I'm looking at. I think it brings me closer to what photography is about – observing.

To zdjęcie zrobiłam w zeszłym roku na wakacjach we wschodniej Anglii. Jeśli nie liczyć telefonu, zabrałam ze sobą tylko jeden aparat – starego Nikona Em z dwiema rolkami filmów. Kiedy go pakowałam, nie wiedziałam, że ma koszmarnie wytartą uszczelkę. Dopiero po wywołaniu filmu zobaczyłam, że większość zdjęć do niczego się nie nadaje: były albo zupełnie prześwietlone, albo poznaczone takimi właśnie czerwonymi smugami. Aparat udało się oczywiście naprawić, kosztowało to grosze. Ale zdjęć z najważniejszych podróży w moim życiu nie odzyskałam nigdy.

Można by pomyśleć, że po czymś takim zarzuciłam moje dziwactwa i wróciłam do współczesnych, mniej zawodnych technologii. Ale nie.

Tak naprawdę fotografia strasznie mnie stresuje. Podobnie jak z projektowaniem, którym zajmuję się na co dzień, mam poczucie, że cały czas tylko udaję, że się na tym znam. Brak formalnego wykształcenia artystycznego urasta do mojego największego kompleksu. Staram się nadrobić pracowitością. Bardzo przydane w pracy, zupełnie nieprzydatne poza nią. W końcu można spędzić cały pobyt na plaży w poszukiwaniu jeszcze lepszego ujęcia. Mój towarzysz podróży podczas naszej wycieczki do Pragi mój towarzysz podróży prawie mnie znienawidził.

Aparat analogowy zwalnia mnie od bezsensownej pracowitości. Zamiast tego wzmaga uważność. Kiedy na cały wyjazd mam od 20 do 70 klatek, znacznie więcej patrzę, a znacznie rzadziej naciskam na spust migawki. Mniej zdjęć, lepsze wspomnienia.

czwartek, 25 czerwca 2015



They say photography is just light. If that is true, then it occurs in my kitchen form November to March and in my bedroom during the summer months. I like watching the sunny strips leaning against my walls. They are the outside world entering my space.

Podobno fotografia to nic innego, jak światło. W takim przypadku fotografia zachodzi w mojej kuchni od listopada do marca, a w sypialni i jadalni w pozostałych miesiącach. Lubię patrzeć na wędrujące, słoneczne pasy na moich ścianach. To świat zewnętrzny przedostaje się do naszego mieszkania.

sobota, 13 czerwca 2015

, , , , ,

A space to un-think



There was a time I thought I was a city girl. I couldn't wait to move out, leaving my countryside family house behind. It was 8 years ago. Time flies, it's my 26th birthday today. Looking back I think I couldn't be more wrong. There is very little of a city rat in me, but I probably needed all those years to realise that all the excitement that a city could offer and that my intellect was so hungry for, has been damaging my soul (or whatever you choose to call it). I still need the rhythm that comes with living in the urban areas, but no I also know that a space to breathe, a space to stop thinking is just as important. I'm just wondering if and when it will become more important.

Kiedyś wydawało mi się, że jestem urodzonym mieszczuchem. Z niecierpliwością wyczekiwałam końca liceum i nim upłynęła połowa wakacji, wyprowadziłam się z rodzinnego domu na wsi do Krakowa. To było 8 lat temu. Czas leci, dziś kończę 26 lat. Patrzę wstecz i widzę, że chyba nie mogłam się bardziej pomylić, jeśli chodzi o preferowaną gęstość zabudowy. Niewiele we mnie z mieszczucha. Ale pewnie potrzebowałam tych sześciu czy siedmiu lat, by zorientować się, że karmiąc mój intelekt głodny wrażeń i gorących dysput, ciągłej konfrontacji z ludźmi i ich opiniami, zaniedbałam potrzeby – że tak górnolotnie powiem – duchowe. Nadal mnie ciągnie do tego rytmu, który wyznacza miasto, ale teraz wiem, że potrzebuję też zupełnie innej przestrzeni: żeby odetchnąć, żeby poniemyśleć. I zastanawiam się, czy i kiedy ta potrzeba wieźmie górę.

In the pictures: Greenhouses at the Botanical Garden in Kraków.
Na zdjęciach: Szklarnie w krakowskim Ogrodzie Botanicznym.

niedziela, 25 stycznia 2015

, , , ,

On the menu in January



One would think that eating in season would be difficult in January for someone who lives in zone 6. Yet, there are crops that you can harvest, even if you have to dust off the snow first. Fashionable kale is waiting for you, crispy from the cold. Scorzonera hispanica has been with us since November, just like other root vegetables. And of course you can always grow some microgreens. Even my unforgiving northern-east window is ok for them. So what's on the menu? Homemade onion baguettes with kale, garlic and broad beans spread? Check. Pasta topped with scorzonera, leeks and carrot cooked in rice milk? Check. Savoy cabbage with lentil sprouts and roasted tofu. Check. Krupnik soup with scorzonera? Still on the waiting list.

Mogłoby się wydawać, że trudno w tym kraju o świeże, sezonowe warzywa zimą. I choć warzywniaki kuszą dobrami zwiezionymi z południa, to przecież i u nas jest sporo rzeczy, nawet jeśli trzeba je przynieść z piwnicy albo wydobyć spod śniegu. Jest modny ostatnio jarmuż i równie modny wężymord, a wraz z nim wszystkie inne warzywa z korzeniami spichrzowymi. Poza tym zawsze można wyhodować kiełki, nawet na oknie od tej smutnej, północno-wschodniej strony. Co więc mamy w menu? Były domowe bagietki z cebulą okraszone smarowidłem z fasoli, jarmużu i czosnku. Była jarzynka ze skorzonery, pora i marchewek podana z makaronem. Była kapusta włoska z kiełkami soczewicy i wędzonym tofu. A na swoją kolej czeka krupnik ze skorzonerą.

Anna Pavord, whose book I've been reading recently, gives a sound piece of advice: use that quiet period of January to sort through your seeds. If you've collected any, it's time to clean them. It's also good to plan ahead and think of what seeds you will be needing this spring and what you need to buy. As a beginning urban gardener, I hardly have any seed collection. I've stolen some Ipomea capillacea seeds on my walk to Niepołomice, and will trade some with my mother who has been collecting the purple variety. I have some basil form her garden (in the picture), some marigolds (Tagetes patula) stolen during another walk (but they are so popular it's no crime), hosta (stolen in the park) and finally my own evening stock from my own balcony. Too much? You haven't seen the shopping list.

Anna Pavord, której książkę ostatnio podczytuję, radzi – bardzo rozsądnie – by wykorzystać styczniowy okres zastoju ogrodniczego na uporządkowanie nasion. Jeśli jakieś zebrałeś, teraz jest najlepszy moment, żeby je wyczyścić i posortować. Styczeń to także czas na planowanie i zamawianie nasion, które będą nam w tym roku potrzebne. Jestem początkującą ogrodniczką balkonową, więc nie mam zbyt wielkiej kolekcji nasion. Podczas spaceru do Niepołomic udało mi się ukraść różowego wilca. Wymienię się z mamą, która zebrała nasiona purpurowego. Z maminego ogrodu wzięłam bazylię, innym razem ukradłam aksamitki (aksamitki są wszędzie, więc to żadna zbrodnia), a z parku przyniosłam nasiona funkii. Wreszcie są też niekradzione nasiona maciejki, które zebrałam z mojej balkonowej donicy po przekwitnięciu. Dużo tego? Lista zakupów jest jeszcze dłuższa.

Search This Blog

Ładowanie...