A struggle for a simpler life captured with a camera

poniedziałek, 16 listopada 2015

, , , ,

Lampa z nieba


Mieszkając w Krakowie, łatwo zapomnieć, jak naprawdę wygląda niebo jesienią i zimą. Przez większość czasu miasto zalane jest smogiem. Smugi światła, cienie o dziwnych kształtach, pojedyncze promienie słońca wskazujące na jakiś obiekt – te wszystkie rzeczy, które lubię łapać na kliszy, znikają stąd na kilka dobrych miesięcy. I kiedy nagle przychodzi niespodziewany wiatr i wydmuchuje z miasta dym, kiedy wreszcie widać słońce, można się poczuć, jakby się weszło pod gigantyczną oktę.

czwartek, 5 listopada 2015

, ,

Lutego Tura i okolice

Nazwa ulicy pochodzi podobno od gospody Pod Lutym Turem, która pojawia się w Krzyżakach. Brzmi prawdopodobnie, zwłaszcza w kontekście pozostałych tynieckich nazw ulic (Juranda ze Spychowa, Danusi Jurandówny). Trochę szkoda, bo wyrwana z kontekstu wydaje się taka egzotyczna, jakby w obcym języku.

czwartek, 22 października 2015

Kanapka Eli

Są dwa powody, dla których publikuję powyższe zdjęcia. Po pierwsze, ostatniego dnia pracy Ela zrobiła sobie naprawdę epicką kanapkę. Taką, że ho, ho. I choć dodała do niej potem jajko, obniżając nieco walor humorystyczny posiłku, i tak trzeba było go uwiecznić. Drugi powód jest taki, że Ela zna się na muzyce i literaturze, potrafi robić świetne rzeczy ze słowami i będzie mi jej brakować. Na pocieszenie mam zdjęcia.

sobota, 17 października 2015

, , , , ,

Od lata do jesieni

Długo nie mogłam się zabrać za wrzucenie zdjęć z ogródka. Najpierw nie było skoszone, potem nic jeszcze nie wyrosło, potem brakowało domku albo domek był jeszcze nie pomalowany (ciągle do końca nie jest). W końcu dałam za wygraną. Ogródek jest wiecznie niedoskonały, constant work in progress, zupełnie jak ja. I kiedy już ci się wydaje, że wszystko jest uporządkowane, że wychodzisz na prostą, przychodzą ślimaki i zjadają całą sałatę. A potem nie masz czasu, zajmujesz się czymś innym i nagle orientujesz się, że trawa sięga do połowy łydek, znów wszędzie straszny nieporządek i czujesz, jakby wszystko trzeba było zaczynać od nowa. Jak to w życiu.

niedziela, 13 września 2015

, , , , , , , ,

Lato na szaro



Zaczyna się ten dziwny czas, kiedy na każdym rogu można kupić wrzosy (sama kupiłam i posadziłam na miejsce uprzątniętego groszku pachnącego), turystów w mieście ubywa, za to wracają studenci. Znaczy się wrzesień.

Zawsze wydaje mi się, że początek jesieni ma coś wspólnego z początkiem roku. W styczniu podejmuje się nowe wyzwania, a jesienią można się z nich rozliczyć. Kiedy zaczynają spadać liście, ja zaczynam rozglądać się wokół i zastanawiać, jakie projekty uda mi się zamknąć zanim dni staną się zbyt krótkie, by robić cokolwiek poza snem i pracą. Wywoływanie filmów, katalogowanie klisz i segregowanie skanów to jeden z przyjemniejszych obowiązków. Jest jeszcze na tyle ciepło, by nie czuć smutku za znikającym latem, które przewija się przez wszystkie fotografie, ale już na tyle jesiennie, by móc spojrzeć wstecz i powiedzieć: to był dobry czas.

piątek, 4 września 2015

, , , ,

Spacer wbrew zakazom



Lubię spotykać się z ludźmi na kawę (mocno przysłowiową, bo zwykle wolę zieloną herbatę), ale jeszcze bardziej lubię umawiać się na spacer. Kiedy idziesz, nikt nie podsłuchuje, a nawet jeśli, to trafia tylko na fragmenty rozmowy, które bez kontekstu nic nie znaczą. W drodze lepiej się też myśli. Kiedy na studiach musiałam szybko napisać jakąś pracę, wychodziłam na długi spacer wzdłuż Wisły i nie wracałam, póki mi się wszystko w głowie nie poukładało.

Trasa wzdłuż Wisły to chyba moja domyślna ścieżka spacerowa. Tak mi się życie w Krakowie ułożyło, że niezależnie od tego, na którym brzegu akurat mieszkam, na któryś bulwar mam zawsze blisko. Częstą alternatywą jest kopiec, bo Aleja Waszyngtona kojarzy mi się z Anią z Zielonego Wzgórza i prawie zawsze jest tam spokojnie (tu wspomnieć muszę o tym jednym feralnym wypadku, kiedy wybraliśmy się tamtędy na spacer pierwszego listopada niepomni faktu, że przy drodze znajduje się cmentarz). Tę trasę pokazał mi kiedyś Przemek (i nie było to pierwszego listopada ani w Zaduszki). Ponieważ z Przemkiem spaceruje się świetnie, zabrałam go w rewanżu na Zakrzówek. Wydaje się, że to takie miejsce, gdzie wszystkie najfajniejsze rzeczy są zakazane: pływać nie wolno, na skałę wchodzić nie wolno, ognisk też pewnie nie wolno rozpalać. Ludzie jednak robią to wszystko, traktując zakazy raczej jako informacje o aktywnościach godnych polecenia. Ja do złego nie chcę namawiać, ale widok ze skały wart jest ryzyka.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Przystanek Cisna


Wyjazd w Bieszczady to niemal stereotyp ucieczki. Kiedy w mieście wszystko człowieka męczy, ma dosyć hałasu, obowiązków i innych natręctw, to mówi, że rzuca wszystko i jedzie w Bieszczady (najlepiej po to, żeby uprawiać topinambur). I choć całe moje życie to gimnastyka, by nie wpisać się w żaden nurt, to jednak ucieczka w Bieszczady i mnie dopadła. Ale tylko na tydzień.

Przystanek Cisna to najpiękniejsze miejsce na ziemi. Dwa drewniane domy obsadzone kwiatami i dzikim winem, z ogródkiem warzywnym na tyłach i terenem opadającym w dół do rzeki. Nad domami górują Hon i Horb. Gospodyni przygotowuje najlepsze wegetariańskie posiłki. Na słonecznym tarasie wylegują się leniwie koty. Wieczorami można usiąść przy kominku i posłuchać, jak gospodarz gra na gitarze i zabawia gości dowcipami. Przyjeżdżasz na tydzień i wiesz, że to za krótko, wiesz, że jeszcze wrócisz.

Jest tak pięknie, że właściwie można się stamtąd nie ruszać, tylko siedzieć na ławce w dole nad rzeką albo przykucnąć na schodach domu i patrzeć, jak delikatne orliki kołyszą się na wietrze. Ale jeśli podniesiesz głowę i spojrzysz na góry, nie będziesz mógł usiedzieć w miejscu. Pozostaje tylko spakować plecak i iść – na Wysoki Dział, gdzie szumią buczyny, czerwonym szlakiem przez Okrąglik i na Smerek, żeby zobaczyć zapowiedź połonin, albo do Sinych Wirów – zanurzyć nogi w Wetlince.

Search This Blog

Ładowanie...