A struggle for a simpler life captured with a camera

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cat. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 lipca 2015

, , ,

Ulotne zmiany



Odebrałam kiedyś telefon od mamy. Trudno mi było po niego sięgnąć: telefon znajdował się po drugiej stronie łóżka, a ja miałam na kolanach kota i jakąś ciężką książkę, którą akurat czytałam. Kiedy już udało mi się odebrać, przeprosiłam, że tak długo to trwało. Wtedy moja mama przypomniała mi, że kiedyś właśnie tak zdefiniowałam szczęście: własne (choćby wynajmowane) mieszkanie, książka i kot na kolanach. Złapałam się wówcas za głowę, nie mogąc uwierzyć, że kiedyś tak prosta rzecz wydawała mi się tak odległa.

Na pierwszym roku studiów w ramach zajęć odwiedzaliśmy różne miejsca pracy, które mogą być istotne dla dalszej kariery edytora. Byliśmy między innymi w jednej z krakowskich agencji reklamowych. Pracujący tam ludzie wyjaśniali, jak przygotowują księgi znaku, jak retuszują zdjęcia, składają foldery. Byliśmy w malutkim studiu zdjęciowym (klimatyzowanym, ten chłód wspominam dziś z dużą przyjemnością – na termometrze 32°C). Myślałam sobie wtedy, że bardzo chciałabym być grafikiem, ale żywiłam jednocześnie przekonanie, że zwyczajnie cienki Bolek jestem i nigdy takiej pracy nie dostanę. Mija mój czwarty rok w agencji reklamowej, na umowie mam napisane graphic designer. Robienie zdjęć w studiu też już nie wydaje mi się takie egzotyczne.

Ile jeszcze takich zmian w życiu zaszło mimochodem, ile celów osiągnęłam, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy? Każdego dnia żyję w świecie, w którym chciałam żyć i nawet tego nie zauważam. Myślę, że prawdziwe zmiany są malutkie, prawie niezauważalne. I tak się kumulują, aż następuje wybuch: przeprowadzka, rozmowa o pracę, przyjęcie na studia, wygrany konkurs, sakramentalne „tak”. Wybuch jest głośny, ale to nie on jest zmianą. Ty tylko potwierdzenie, że ona już zaszła.


niedziela, 25 stycznia 2015

, , , ,

On the menu in January



One would think that eating in season would be difficult in January for someone who lives in zone 6. Yet, there are crops that you can harvest, even if you have to dust off the snow first. Fashionable kale is waiting for you, crispy from the cold. Scorzonera hispanica has been with us since November, just like other root vegetables. And of course you can always grow some microgreens. Even my unforgiving northern-east window is ok for them. So what's on the menu? Homemade onion baguettes with kale, garlic and broad beans spread? Check. Pasta topped with scorzonera, leeks and carrot cooked in rice milk? Check. Savoy cabbage with lentil sprouts and roasted tofu. Check. Krupnik soup with scorzonera? Still on the waiting list.

Mogłoby się wydawać, że trudno w tym kraju o świeże, sezonowe warzywa zimą. I choć warzywniaki kuszą dobrami zwiezionymi z południa, to przecież i u nas jest sporo rzeczy, nawet jeśli trzeba je przynieść z piwnicy albo wydobyć spod śniegu. Jest modny ostatnio jarmuż i równie modny wężymord, a wraz z nim wszystkie inne warzywa z korzeniami spichrzowymi. Poza tym zawsze można wyhodować kiełki, nawet na oknie od tej smutnej, północno-wschodniej strony. Co więc mamy w menu? Były domowe bagietki z cebulą okraszone smarowidłem z fasoli, jarmużu i czosnku. Była jarzynka ze skorzonery, pora i marchewek podana z makaronem. Była kapusta włoska z kiełkami soczewicy i wędzonym tofu. A na swoją kolej czeka krupnik ze skorzonerą.

Anna Pavord, whose book I've been reading recently, gives a sound piece of advice: use that quiet period of January to sort through your seeds. If you've collected any, it's time to clean them. It's also good to plan ahead and think of what seeds you will be needing this spring and what you need to buy. As a beginning urban gardener, I hardly have any seed collection. I've stolen some Ipomea capillacea seeds on my walk to Niepołomice, and will trade some with my mother who has been collecting the purple variety. I have some basil form her garden (in the picture), some marigolds (Tagetes patula) stolen during another walk (but they are so popular it's no crime), hosta (stolen in the park) and finally my own evening stock from my own balcony. Too much? You haven't seen the shopping list.

Anna Pavord, której książkę ostatnio podczytuję, radzi – bardzo rozsądnie – by wykorzystać styczniowy okres zastoju ogrodniczego na uporządkowanie nasion. Jeśli jakieś zebrałeś, teraz jest najlepszy moment, żeby je wyczyścić i posortować. Styczeń to także czas na planowanie i zamawianie nasion, które będą nam w tym roku potrzebne. Jestem początkującą ogrodniczką balkonową, więc nie mam zbyt wielkiej kolekcji nasion. Podczas spaceru do Niepołomic udało mi się ukraść różowego wilca. Wymienię się z mamą, która zebrała nasiona purpurowego. Z maminego ogrodu wzięłam bazylię, innym razem ukradłam aksamitki (aksamitki są wszędzie, więc to żadna zbrodnia), a z parku przyniosłam nasiona funkii. Wreszcie są też niekradzione nasiona maciejki, które zebrałam z mojej balkonowej donicy po przekwitnięciu. Dużo tego? Lista zakupów jest jeszcze dłuższa.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

piątek, 26 grudnia 2014

, , ,

Christmas at home



Snow is falling. To tell the truth, it melts down the second it touches the ground so there is probably no chance of white Christmas this year, but frankly I don't mind.
It was the first Christmas Eve that I didn't spend at my parent's house, choosing to stay in Cracow instead. As my mother reports, it was also the first year that my family realised I'm a vegetarian-almost-vegan (it's been 12 years people!). So I skipped the carp, the egg salad and tons of fish-based meals. Instead I cooked a humongous supper with highlights such as roasted vegetable pâté with thick gravy, cabbage with peas and obviously borscht. I baked Jewish krantz – a last minute decision, because it turned out there is SO MUCH time for cooking. I'm still eating leftovers and I'll be taking some to my cousin whom I'm visiting later today.
After a day in a kitchen I deserved a good rest, so I spent the first day of Christmas wrapped in blanket, eating Swedish pepparkakor and reading The God of Small Things and The Isles: A History. Here I must reflect on how multicultural my Christmas are. Hence, I don't hesitate to wish you a very merry Christmas. In Poland we may have only two days of Christmas, but as a popular English song shows, some might have twelve.

niedziela, 5 października 2014


I'f you're lucky enough to have a cat and if you watch her closely, you have probably noticed her getting prepared for a long leap. Body close to the ground, eyes fixed on the aim. She stays still, not even one muscle moves, except for the back legs. Those are working hard. A cat is putting her weight forst one one of them, then on the other, repeating this a few times before she finally jumps.

This is how I'm feeling right now. I have been deprived of a proper summer ending by a sudden construction work in the tenment house where I live. One day scaffolding just emerged behind my window, cutting off next to all the sunlight. The plants had to be moved form the balcony and temporarily placed in the apartment. Some haven't survived. Strawberries stopped producing fruit. There was no place to seed autumn crops such as lettuce and kale. And now it's too late to do almost any gardening. Thank God for bulbs, they give me hope and something to do.

Having been deprived of my balcony I already started planning for the next year. We're gonna have three varieties of of cherry tomatoes, runner beans (mascotte variety), some rocket and pak choy, I'm gonna get some sweet peas and wild flowers form my mum… I have everything planned. I even made charts and tables. I'm waiting. Ready to reclaim my balcony.

A copule of survivors placed by the only window providing natural light. Sadly, only in the mornings.

niedziela, 21 września 2014

sobota, 26 lipca 2014

sobota, 5 lipca 2014

poniedziałek, 2 czerwca 2014

środa, 7 maja 2014

sobota, 3 maja 2014

czwartek, 17 kwietnia 2014

wtorek, 15 kwietnia 2014

czwartek, 3 kwietnia 2014

Search This Blog