


Odebrałam kiedyś telefon od mamy. Trudno mi było po niego sięgnąć: telefon znajdował się po drugiej stronie łóżka, a ja miałam na kolanach kota i jakąś ciężką książkę, którą akurat czytałam. Kiedy już udało mi się odebrać, przeprosiłam, że tak długo to trwało. Wtedy moja mama przypomniała mi, że kiedyś właśnie tak zdefiniowałam szczęście: własne (choćby wynajmowane) mieszkanie, książka i kot na kolanach. Złapałam się wówcas za głowę, nie mogąc uwierzyć, że kiedyś tak prosta rzecz wydawała mi się tak odległa.
Na pierwszym roku studiów w ramach zajęć odwiedzaliśmy różne miejsca pracy, które mogą być istotne dla dalszej kariery edytora. Byliśmy między innymi w jednej z krakowskich agencji reklamowych. Pracujący tam ludzie wyjaśniali, jak przygotowują księgi znaku, jak retuszują zdjęcia, składają foldery. Byliśmy w malutkim studiu zdjęciowym (klimatyzowanym, ten chłód wspominam dziś z dużą przyjemnością – na termometrze 32°C). Myślałam sobie wtedy, że bardzo chciałabym być grafikiem, ale żywiłam jednocześnie przekonanie, że zwyczajnie cienki Bolek jestem i nigdy takiej pracy nie dostanę. Mija mój czwarty rok w agencji reklamowej, na umowie mam napisane graphic designer. Robienie zdjęć w studiu też już nie wydaje mi się takie egzotyczne.
Ile jeszcze takich zmian w życiu zaszło mimochodem, ile celów osiągnęłam, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy? Każdego dnia żyję w świecie, w którym chciałam żyć i nawet tego nie zauważam. Myślę, że prawdziwe zmiany są malutkie, prawie niezauważalne. I tak się kumulują, aż następuje wybuch: przeprowadzka, rozmowa o pracę, przyjęcie na studia, wygrany konkurs, sakramentalne „tak”. Wybuch jest głośny, ale to nie on jest zmianą. Ty tylko potwierdzenie, że ona już zaszła.





















































