Długo nie mogłam się zabrać za wrzucenie zdjęć z ogródka. Najpierw nie było skoszone, potem nic jeszcze nie wyrosło, potem brakowało domku albo domek był jeszcze nie pomalowany (ciągle do końca nie jest). W końcu dałam za wygraną. Ogródek jest wiecznie niedoskonały, constant work in progress, zupełnie jak ja. I kiedy już ci się wydaje, że wszystko jest uporządkowane, że wychodzisz na prostą, przychodzą ślimaki i zjadają całą sałatę. A potem nie masz czasu, zajmujesz się czymś innym i nagle orientujesz się, że trawa sięga do połowy łydek, znów wszędzie straszny nieporządek i czujesz, jakby wszystko trzeba było zaczynać od nowa. Jak to w życiu.
sobota, 17 października 2015
niedziela, 13 września 2015



Zaczyna się ten dziwny czas, kiedy na każdym rogu można kupić wrzosy (sama kupiłam i posadziłam na miejsce uprzątniętego groszku pachnącego), turystów w mieście ubywa, za to wracają studenci. Znaczy się wrzesień.
Zawsze wydaje mi się, że początek jesieni ma coś wspólnego z początkiem roku. W styczniu podejmuje się nowe wyzwania, a jesienią można się z nich rozliczyć. Kiedy zaczynają spadać liście, ja zaczynam rozglądać się wokół i zastanawiać, jakie projekty uda mi się zamknąć zanim dni staną się zbyt krótkie, by robić cokolwiek poza snem i pracą. Wywoływanie filmów, katalogowanie klisz i segregowanie skanów to jeden z przyjemniejszych obowiązków. Jest jeszcze na tyle ciepło, by nie czuć smutku za znikającym latem, które przewija się przez wszystkie fotografie, ale już na tyle jesiennie, by móc spojrzeć wstecz i powiedzieć: to był dobry czas.
sobota, 13 czerwca 2015




There was a time I thought I was a city girl. I couldn't wait to move out, leaving my countryside family house behind. It was 8 years ago. Time flies, it's my 26th birthday today. Looking back I think I couldn't be more wrong. There is very little of a city rat in me, but I probably needed all those years to realise that all the excitement that a city could offer and that my intellect was so hungry for, has been damaging my soul (or whatever you choose to call it). I still need the rhythm that comes with living in the urban areas, but no I also know that a space to breathe, a space to stop thinking is just as important. I'm just wondering if and when it will become more important.
Kiedyś wydawało mi się, że jestem urodzonym mieszczuchem. Z niecierpliwością wyczekiwałam końca liceum i nim upłynęła połowa wakacji, wyprowadziłam się z rodzinnego domu na wsi do Krakowa. To było 8 lat temu. Czas leci, dziś kończę 26 lat. Patrzę wstecz i widzę, że chyba nie mogłam się bardziej pomylić, jeśli chodzi o preferowaną gęstość zabudowy. Niewiele we mnie z mieszczucha. Ale pewnie potrzebowałam tych sześciu czy siedmiu lat, by zorientować się, że karmiąc mój intelekt głodny wrażeń i gorących dysput, ciągłej konfrontacji z ludźmi i ich opiniami, zaniedbałam potrzeby – że tak górnolotnie powiem – duchowe. Nadal mnie ciągnie do tego rytmu, który wyznacza miasto, ale teraz wiem, że potrzebuję też zupełnie innej przestrzeni: żeby odetchnąć, żeby poniemyśleć. I zastanawiam się, czy i kiedy ta potrzeba wieźmie górę.
In the pictures: Greenhouses at the Botanical Garden in Kraków.
Na zdjęciach: Szklarnie w krakowskim Ogrodzie Botanicznym.


