Nazwa ulicy pochodzi podobno od gospody Pod Lutym Turem, która pojawia się w Krzyżakach. Brzmi prawdopodobnie, zwłaszcza w kontekście pozostałych tynieckich nazw ulic (Juranda ze Spychowa, Danusi Jurandówny). Trochę szkoda, bo wyrwana z kontekstu wydaje się taka egzotyczna, jakby w obcym języku.
czwartek, 5 listopada 2015
niedziela, 13 września 2015



Zaczyna się ten dziwny czas, kiedy na każdym rogu można kupić wrzosy (sama kupiłam i posadziłam na miejsce uprzątniętego groszku pachnącego), turystów w mieście ubywa, za to wracają studenci. Znaczy się wrzesień.
Zawsze wydaje mi się, że początek jesieni ma coś wspólnego z początkiem roku. W styczniu podejmuje się nowe wyzwania, a jesienią można się z nich rozliczyć. Kiedy zaczynają spadać liście, ja zaczynam rozglądać się wokół i zastanawiać, jakie projekty uda mi się zamknąć zanim dni staną się zbyt krótkie, by robić cokolwiek poza snem i pracą. Wywoływanie filmów, katalogowanie klisz i segregowanie skanów to jeden z przyjemniejszych obowiązków. Jest jeszcze na tyle ciepło, by nie czuć smutku za znikającym latem, które przewija się przez wszystkie fotografie, ale już na tyle jesiennie, by móc spojrzeć wstecz i powiedzieć: to był dobry czas.
piątek, 4 września 2015






Lubię spotykać się z ludźmi na kawę (mocno przysłowiową, bo zwykle wolę zieloną herbatę), ale jeszcze bardziej lubię umawiać się na spacer. Kiedy idziesz, nikt nie podsłuchuje, a nawet jeśli, to trafia tylko na fragmenty rozmowy, które bez kontekstu nic nie znaczą. W drodze lepiej się też myśli. Kiedy na studiach musiałam szybko napisać jakąś pracę, wychodziłam na długi spacer wzdłuż Wisły i nie wracałam, póki mi się wszystko w głowie nie poukładało.
Trasa wzdłuż Wisły to chyba moja domyślna ścieżka spacerowa. Tak mi się życie w Krakowie ułożyło, że niezależnie od tego, na którym brzegu akurat mieszkam, na któryś bulwar mam zawsze blisko. Częstą alternatywą jest kopiec, bo Aleja Waszyngtona kojarzy mi się z Anią z Zielonego Wzgórza i prawie zawsze jest tam spokojnie (tu wspomnieć muszę o tym jednym feralnym wypadku, kiedy wybraliśmy się tamtędy na spacer pierwszego listopada niepomni faktu, że przy drodze znajduje się cmentarz). Tę trasę pokazał mi kiedyś Przemek (i nie było to pierwszego listopada ani w Zaduszki). Ponieważ z Przemkiem spaceruje się świetnie, zabrałam go w rewanżu na Zakrzówek. Wydaje się, że to takie miejsce, gdzie wszystkie najfajniejsze rzeczy są zakazane: pływać nie wolno, na skałę wchodzić nie wolno, ognisk też pewnie nie wolno rozpalać. Ludzie jednak robią to wszystko, traktując zakazy raczej jako informacje o aktywnościach godnych polecenia. Ja do złego nie chcę namawiać, ale widok ze skały wart jest ryzyka.
niedziela, 28 czerwca 2015

This picture was taken during last year vacations in East Anglia. I had only one camera with me, an old Nikon EM with two rolls of film. I had no idea that the rubber gasket has thinned out letting light inside, which was then visible on the photos. The one above is actually pretty decent, the rest is much worse. As soon as I got home, I had the camera fixed. But I couldn't fix the pictures.
One would think that after such a disaster I'd stop this nonsense and stick to regular DLSR or just a phone. But no.
Actually, I find photography stressful. It's the same with design and I work as a designer. I have very little formal training in those fields (a few courses, some workshops) and I think I'm kind of ashamed of that. I try to compensate by working hard, which is usually a good thing, but doesn't really go well with vacations. I really don't want to spend an entire day by the sea looking for the best angle. It's also super annoying to my travel companion.
Shooting analogue with a limited number of frames makes me change my approach. Instead of blindly pushing the shutter button, I can actually focus on what I'm looking at. I think it brings me closer to what photography is about – observing.
To zdjęcie zrobiłam w zeszłym roku na wakacjach we wschodniej Anglii. Jeśli nie liczyć telefonu, zabrałam ze sobą tylko jeden aparat – starego Nikona Em z dwiema rolkami filmów. Kiedy go pakowałam, nie wiedziałam, że ma koszmarnie wytartą uszczelkę. Dopiero po wywołaniu filmu zobaczyłam, że większość zdjęć do niczego się nie nadaje: były albo zupełnie prześwietlone, albo poznaczone takimi właśnie czerwonymi smugami. Aparat udało się oczywiście naprawić, kosztowało to grosze. Ale zdjęć z najważniejszych podróży w moim życiu nie odzyskałam nigdy.
Można by pomyśleć, że po czymś takim zarzuciłam moje dziwactwa i wróciłam do współczesnych, mniej zawodnych technologii. Ale nie.
Tak naprawdę fotografia strasznie mnie stresuje. Podobnie jak z projektowaniem, którym zajmuję się na co dzień, mam poczucie, że cały czas tylko udaję, że się na tym znam. Brak formalnego wykształcenia artystycznego urasta do mojego największego kompleksu. Staram się nadrobić pracowitością. Bardzo przydane w pracy, zupełnie nieprzydatne poza nią. W końcu można spędzić cały pobyt na plaży w poszukiwaniu jeszcze lepszego ujęcia. Mój towarzysz podróży podczas naszej wycieczki do Pragi mój towarzysz podróży prawie mnie znienawidził.
Aparat analogowy zwalnia mnie od bezsensownej pracowitości. Zamiast tego wzmaga uważność. Kiedy na cały wyjazd mam od 20 do 70 klatek, znacznie więcej patrzę, a znacznie rzadziej naciskam na spust migawki. Mniej zdjęć, lepsze wspomnienia.
sobota, 13 czerwca 2015




There was a time I thought I was a city girl. I couldn't wait to move out, leaving my countryside family house behind. It was 8 years ago. Time flies, it's my 26th birthday today. Looking back I think I couldn't be more wrong. There is very little of a city rat in me, but I probably needed all those years to realise that all the excitement that a city could offer and that my intellect was so hungry for, has been damaging my soul (or whatever you choose to call it). I still need the rhythm that comes with living in the urban areas, but no I also know that a space to breathe, a space to stop thinking is just as important. I'm just wondering if and when it will become more important.
Kiedyś wydawało mi się, że jestem urodzonym mieszczuchem. Z niecierpliwością wyczekiwałam końca liceum i nim upłynęła połowa wakacji, wyprowadziłam się z rodzinnego domu na wsi do Krakowa. To było 8 lat temu. Czas leci, dziś kończę 26 lat. Patrzę wstecz i widzę, że chyba nie mogłam się bardziej pomylić, jeśli chodzi o preferowaną gęstość zabudowy. Niewiele we mnie z mieszczucha. Ale pewnie potrzebowałam tych sześciu czy siedmiu lat, by zorientować się, że karmiąc mój intelekt głodny wrażeń i gorących dysput, ciągłej konfrontacji z ludźmi i ich opiniami, zaniedbałam potrzeby – że tak górnolotnie powiem – duchowe. Nadal mnie ciągnie do tego rytmu, który wyznacza miasto, ale teraz wiem, że potrzebuję też zupełnie innej przestrzeni: żeby odetchnąć, żeby poniemyśleć. I zastanawiam się, czy i kiedy ta potrzeba wieźmie górę.
In the pictures: Greenhouses at the Botanical Garden in Kraków.
Na zdjęciach: Szklarnie w krakowskim Ogrodzie Botanicznym.
niedziela, 18 stycznia 2015

December was exceptionally warm this year (except for the last week, obviously, because then we got to enjoy some Christmas snow). I'm not going to rumble about climate changes, though after completing Navigating Climate Change Conversations courseI feel totally prepared for that. Instead, I'm going to lament over some of my bulbs that wend crazy and started shooting just a few days before the temperatures plummeted down. I hope they will survive, though I don't expect them to flower this year. However, the mint will survive for sure. This pest always does.
Since we're still in the period of no-gardening-now, I'm pampering myself with books. I've bought The Curious Gardener in The Book Hive in Norwich, UK. You might or might not know this is one of the most famous (and rightfully so!) bookshops in Europe. Norwich itself is a most charming city with its cathedral, falcons, Tudor houses, Wild Thyme and herb garden. Sadly, I have no pictures to prove that.
And this, my friends, ins one of the perks of travelling. It always leaves you with a sense of longing. If you've read Harry Potter series you are familiar with the idea of horcrux. I came to believe that whenever you travel to a new place, you create a kind of horcrux – you leave a part of your soul there and this is where the longing comes form.


wtorek, 19 sierpnia 2014
czwartek, 22 maja 2014
Podczas konferencji TYPO Berlin Jürgen Siebert wspomniał o pewnym spotkaniu, które organizował w ramach Creative Mornings (to poranne piątkowe spotkania: jest śniadanie i ktoś opowiada o projektowaniu, życiu czy innych kreatywnych dziedzinach). To konkretna edycja miała się odbyć pod hasłem food, więc jako lokację wybrano Prinzessinnengärten, którą Jürgen opisał jako „wspólna przestrzeń poświęcona miejskiemu ogrodnictwu”. Zaraz następnego dnia rano, jeszcze przed konferencją, wybrałam się Moritzplatz, gdzie Prinzessinnengärten się znajdują, żeby zbadać ten fenomen.
Duża przestrzeń, która przez jakieś 50 lat leżała odłogiem, teraz kwitnie. Wszędzie stoją kontenery z roślinami. Są truskawki i topinambur. Są zioła z Dalekiego Wschodu, o których nigdy w życiu nie słyszałam. Sadzi się wszędzie i we wszystkim (kartony na mleko, skrzynki i skrzynie). Gromadzi się deszczówkę. Hoduje się pszczoły. Jest kawiarnia i restauracja. Są ławki, stoliki i stół z piłkarzykami. Odbywają się wykłady warsztaty. Wszystko jest mobilne – skrzynie z warzywami można przenosić, budynki można rozebrać. Każdy może przyjść i pomóc.
Prinzessinnengärten robią wrażenie niezwykłe. Wokół wznoszą się wysokie budynki, ludzie biegną z miejsca na miejsce, zejście podziemne do U-bahny pochłania i wypluwa kolejne grupy. A za różową bramą jest spokój, jakby wkraczało się do innego świata. Pełne ucieleśnienie ogrodnictwa miejskiego.
Dobry materiał (który jednak nie oddaje fantastycznego wrażenia, jakie daje po prostu przebywanie w Prinzessinnengärten) do obejrzenia tutaj.
Prinzessinnengärtenn
Moritzplatz
Prinzessinnenstraße 15
10969 Berlin, Niemcy






















