A struggle for a simpler life captured with a camera

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą summer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą summer. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 października 2015

, , , , ,

Od lata do jesieni

Długo nie mogłam się zabrać za wrzucenie zdjęć z ogródka. Najpierw nie było skoszone, potem nic jeszcze nie wyrosło, potem brakowało domku albo domek był jeszcze nie pomalowany (ciągle do końca nie jest). W końcu dałam za wygraną. Ogródek jest wiecznie niedoskonały, constant work in progress, zupełnie jak ja. I kiedy już ci się wydaje, że wszystko jest uporządkowane, że wychodzisz na prostą, przychodzą ślimaki i zjadają całą sałatę. A potem nie masz czasu, zajmujesz się czymś innym i nagle orientujesz się, że trawa sięga do połowy łydek, znów wszędzie straszny nieporządek i czujesz, jakby wszystko trzeba było zaczynać od nowa. Jak to w życiu.

niedziela, 13 września 2015

, , , , , , , ,

Lato na szaro



Zaczyna się ten dziwny czas, kiedy na każdym rogu można kupić wrzosy (sama kupiłam i posadziłam na miejsce uprzątniętego groszku pachnącego), turystów w mieście ubywa, za to wracają studenci. Znaczy się wrzesień.

Zawsze wydaje mi się, że początek jesieni ma coś wspólnego z początkiem roku. W styczniu podejmuje się nowe wyzwania, a jesienią można się z nich rozliczyć. Kiedy zaczynają spadać liście, ja zaczynam rozglądać się wokół i zastanawiać, jakie projekty uda mi się zamknąć zanim dni staną się zbyt krótkie, by robić cokolwiek poza snem i pracą. Wywoływanie filmów, katalogowanie klisz i segregowanie skanów to jeden z przyjemniejszych obowiązków. Jest jeszcze na tyle ciepło, by nie czuć smutku za znikającym latem, które przewija się przez wszystkie fotografie, ale już na tyle jesiennie, by móc spojrzeć wstecz i powiedzieć: to był dobry czas.

piątek, 4 września 2015

, , , ,

Spacer wbrew zakazom



Lubię spotykać się z ludźmi na kawę (mocno przysłowiową, bo zwykle wolę zieloną herbatę), ale jeszcze bardziej lubię umawiać się na spacer. Kiedy idziesz, nikt nie podsłuchuje, a nawet jeśli, to trafia tylko na fragmenty rozmowy, które bez kontekstu nic nie znaczą. W drodze lepiej się też myśli. Kiedy na studiach musiałam szybko napisać jakąś pracę, wychodziłam na długi spacer wzdłuż Wisły i nie wracałam, póki mi się wszystko w głowie nie poukładało.

Trasa wzdłuż Wisły to chyba moja domyślna ścieżka spacerowa. Tak mi się życie w Krakowie ułożyło, że niezależnie od tego, na którym brzegu akurat mieszkam, na któryś bulwar mam zawsze blisko. Częstą alternatywą jest kopiec, bo Aleja Waszyngtona kojarzy mi się z Anią z Zielonego Wzgórza i prawie zawsze jest tam spokojnie (tu wspomnieć muszę o tym jednym feralnym wypadku, kiedy wybraliśmy się tamtędy na spacer pierwszego listopada niepomni faktu, że przy drodze znajduje się cmentarz). Tę trasę pokazał mi kiedyś Przemek (i nie było to pierwszego listopada ani w Zaduszki). Ponieważ z Przemkiem spaceruje się świetnie, zabrałam go w rewanżu na Zakrzówek. Wydaje się, że to takie miejsce, gdzie wszystkie najfajniejsze rzeczy są zakazane: pływać nie wolno, na skałę wchodzić nie wolno, ognisk też pewnie nie wolno rozpalać. Ludzie jednak robią to wszystko, traktując zakazy raczej jako informacje o aktywnościach godnych polecenia. Ja do złego nie chcę namawiać, ale widok ze skały wart jest ryzyka.

poniedziałek, 6 lipca 2015

, , ,

Watching grass grow

Kiedy prawie trzy lata temu szukaliśmy z Arturem mieszkania, miałam obsesję na punkcie Podgórza i koniecznie chciałam tam mieszkać. Artur wolał Dębniki. Trochę marudząc, zgodziłam się obejrzeć jedno z mieszkań w tej okolicy. Umówiliśmy się na spotkanie, weszliśmy do środka i zobaczyłam francuskie drzwi wychodzące na balkon. Wiedziałam, że nie trzeba szukać dalej.


Balkon okazał się bardzo istotny w moim życiu, choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Wprowadziliśmy się w środku zimy, miałam anginę, ogrzewanie nie chciało zacząć działać i myślałam jedynie o tym, jak strasznie nieszczelne są te francuskie drzwi.

Kiedy zaczęłam wychodzić z choroby, potrzebowałam chwycić się jakiegoś zajęcia, które spełniałoby trzy warunki:

  1. czynność ta nie mogła wiązać się bezpośrednio z rzeczami, które postrzegałam w kategorii pracy (nic związanego ze studiami ani wykonywanym przeze mnie zawodem),
  2. konieczny był element nieprzewidywalności, który pozwoliłby mi wyzwolić się od potrzeby kontrolowania wszystkiego,
  3. chciałam robić coś sama, bez konieczności rywalizacji i porównywania się z innymi.

I tak zaczęłam grzebać w ziemi, czyli zajmować się ogrodnictwem balkonowym. Sama możliwość kontaktu z materią, która – choć żywa – w żaden sposób nie ocenia, nie stawia żadnych wymagań, okazał się dla mnie głęboko terapeutyczny. Sianie i sadzenie, ich cykliczność, powolne wschodzenie roślin – to wszystko stanowiło (i nadal stanowi!) tak upragnioną ucieczkę od szalonego tempa i chaosu codziennego życia. Teraz żadna porażka nie wydaje mi się ostateczna. Jeśli coś nie wyjdzie w tym roku, uda się w następnym. A wszystko, co uda się wyhodować, traktuję jako bonus, jako dodatkowy prezent.

Zaakceptowałam to powolne tempo, ale nie przestałam go zauważać. To kolejna zaleta fotografii analogowej. Wywołałam teraz zdjęcia z kwietnia i widzę, że aksamitki, które już od kilku tygodni są w rozkwicie, były kiedyś ledwo co kiełkującymi nasionami. Staram się nie zapominać o tej magii. Zanim spałaszuję sałatkę z botwinki, lubię sobie popatrzeć na nasiono, z którego wyrasta burak. Aż trudno uwierzyć.

niedziela, 28 czerwca 2015

, , , ,

Analogue



This picture was taken during last year vacations in East Anglia. I had only one camera with me, an old Nikon EM with two rolls of film. I had no idea that the rubber gasket has thinned out letting light inside, which was then visible on the photos. The one above is actually pretty decent, the rest is much worse. As soon as I got home, I had the camera fixed. But I couldn't fix the pictures.

One would think that after such a disaster I'd stop this nonsense and stick to regular DLSR or just a phone. But no.

Actually, I find photography stressful. It's the same with design and I work as a designer. I have very little formal training in those fields (a few courses, some workshops) and I think I'm kind of ashamed of that. I try to compensate by working hard, which is usually a good thing, but doesn't really go well with vacations. I really don't want to spend an entire day by the sea looking for the best angle. It's also super annoying to my travel companion.

Shooting analogue with a limited number of frames makes me change my approach. Instead of blindly pushing the shutter button, I can actually focus on what I'm looking at. I think it brings me closer to what photography is about – observing.

To zdjęcie zrobiłam w zeszłym roku na wakacjach we wschodniej Anglii. Jeśli nie liczyć telefonu, zabrałam ze sobą tylko jeden aparat – starego Nikona Em z dwiema rolkami filmów. Kiedy go pakowałam, nie wiedziałam, że ma koszmarnie wytartą uszczelkę. Dopiero po wywołaniu filmu zobaczyłam, że większość zdjęć do niczego się nie nadaje: były albo zupełnie prześwietlone, albo poznaczone takimi właśnie czerwonymi smugami. Aparat udało się oczywiście naprawić, kosztowało to grosze. Ale zdjęć z najważniejszych podróży w moim życiu nie odzyskałam nigdy.

Można by pomyśleć, że po czymś takim zarzuciłam moje dziwactwa i wróciłam do współczesnych, mniej zawodnych technologii. Ale nie.

Tak naprawdę fotografia strasznie mnie stresuje. Podobnie jak z projektowaniem, którym zajmuję się na co dzień, mam poczucie, że cały czas tylko udaję, że się na tym znam. Brak formalnego wykształcenia artystycznego urasta do mojego największego kompleksu. Staram się nadrobić pracowitością. Bardzo przydane w pracy, zupełnie nieprzydatne poza nią. W końcu można spędzić cały pobyt na plaży w poszukiwaniu jeszcze lepszego ujęcia. Mój towarzysz podróży podczas naszej wycieczki do Pragi mój towarzysz podróży prawie mnie znienawidził.

Aparat analogowy zwalnia mnie od bezsensownej pracowitości. Zamiast tego wzmaga uważność. Kiedy na cały wyjazd mam od 20 do 70 klatek, znacznie więcej patrzę, a znacznie rzadziej naciskam na spust migawki. Mniej zdjęć, lepsze wspomnienia.

sobota, 13 czerwca 2015

, , , , ,

A space to un-think



There was a time I thought I was a city girl. I couldn't wait to move out, leaving my countryside family house behind. It was 8 years ago. Time flies, it's my 26th birthday today. Looking back I think I couldn't be more wrong. There is very little of a city rat in me, but I probably needed all those years to realise that all the excitement that a city could offer and that my intellect was so hungry for, has been damaging my soul (or whatever you choose to call it). I still need the rhythm that comes with living in the urban areas, but no I also know that a space to breathe, a space to stop thinking is just as important. I'm just wondering if and when it will become more important.

Kiedyś wydawało mi się, że jestem urodzonym mieszczuchem. Z niecierpliwością wyczekiwałam końca liceum i nim upłynęła połowa wakacji, wyprowadziłam się z rodzinnego domu na wsi do Krakowa. To było 8 lat temu. Czas leci, dziś kończę 26 lat. Patrzę wstecz i widzę, że chyba nie mogłam się bardziej pomylić, jeśli chodzi o preferowaną gęstość zabudowy. Niewiele we mnie z mieszczucha. Ale pewnie potrzebowałam tych sześciu czy siedmiu lat, by zorientować się, że karmiąc mój intelekt głodny wrażeń i gorących dysput, ciągłej konfrontacji z ludźmi i ich opiniami, zaniedbałam potrzeby – że tak górnolotnie powiem – duchowe. Nadal mnie ciągnie do tego rytmu, który wyznacza miasto, ale teraz wiem, że potrzebuję też zupełnie innej przestrzeni: żeby odetchnąć, żeby poniemyśleć. I zastanawiam się, czy i kiedy ta potrzeba wieźmie górę.

In the pictures: Greenhouses at the Botanical Garden in Kraków.
Na zdjęciach: Szklarnie w krakowskim Ogrodzie Botanicznym.

niedziela, 21 września 2014

wtorek, 19 sierpnia 2014

Search This Blog